Diversity.

Diversity

Niestety jutub wyłączył możliwość umieszczania tego videa na blogach. Link: Diversity - Final - BGT 2009

Jakiś czas temu skończyłam oglądać finał ‘Britain’s got talent’. Mogłabym policzyć na palcach jednej ręki programy, dla których naprawdę warto oglądać telewizję - a to byłby show, który dostałby do dyspozycji mój palec serdeczny.

Jednakże, w przeciwieństwie do dwóch poprzednich sezonów, tegoroczny finał był moim zdaniem po prostu nudny. Po pierwsze, hasło przewodnie BGT to różnorodność. A nie można mówić o różnorodności w przypadku, gdy w finale są sami piosenkarze, tancerze i jeden muzyk. Oczywiście, cenię bardzo te talenty - jako że sama nie posiadam takowych, obecność ludzi uzdolnionych muzycznie od zawsze działała na mnie jak narkotyk. Muzycy w pewien sposób należą do wyższego świata, świata, który jest piękny, a ja mogę go tylko polizać przez szybkę. ‘Anything’s possible’ - no właśnie nie… Są też słabości nie do pokonania.

Wydaje mi się, że są dwa wymiary, w jakie w sposób bardzo uproszczony można postrzegać piosenkę. Drugi, to etap melodii gotowej, której słucham i którą podziwiam - tutaj uważam, że mój brak uzdolnień muzycznych nie jest przeszkodą. Być może nie zauważę pewnych rzeczy. Ale czuć mogę w pełni. I pięknie jest. Pierwszy natomiast, to etap tworzenia piosenki. Tutaj niestety jedyny wkład, jaki byłabym zdolna wnieść, to tekst. Jest bardzo ważny, to na pewno, w wielu piosenkach, np. u Xaviera, najistotniejszy. Ale należy do zupełnie innej kategorii niż nuty - nadal jest ‘przyziemny’.

Wracając do BGT, sądzę, że zwycięzcy - Diversity - mają wielkie potencjał. Kto wie, może kiedyś zawitają do Polski, ale już szybciej chyba ja zawitam na Wyspy. Aż się nie chce wierzyć, że oni to wszystko sami wymyślili, są ponadnaturalnie kreatywni, i to jest niesamowite. Tak jak Simon Cowell, najbardziej liczący się i zarazem najostrzejszy juror stwierdził, D. zapoczątkowało coś a’la nową erę tańca. Nie jest to już tylko ruch, nawet najbardziej wymyślny i skomplikowany choreograficznie, ale coś ponad to. No i sam skład grupy - ludzie różnych narodowości, rodziny i jednostki, całkowicie odmienni wzrostem - od Ashleya, który jest jak Empire State Building, do Perriego, który jest małym, puchatym mopem o cudownym, dziecięco-chłopięcym uroku. Ogólnie, kibicuję im.

Bilder von dir ueberdauern bis in alle Zeit.

Hm, mam wrażenie, że moje notki zahaczają o wiele tematów, i najchętniej by się rozbiegły jak sieć dróg w Niemczech, na wszystkie świata strony i kolory. Czy to źle, czy to dobrze…? Ni’ mni’ pytać.

 

Snow? Hey, oh!

‘I feel like a crap’ - tak najwłaściwiej można podsumować moje samopoczucie. Wzięłam dawkę antybiotyku, zapominając, co on ze mną zrobi. Mądra Merku po szkodzie, ale szkoda ubodzie. Hm, jak dorosnę, będę układać przysłowia ^_^ Tak więc mi słabo i niedobrze, i najchętniej schowałabym się w czyichś ramionach, i była taka malutka, coraz mniejsza i mniejsza… jak taki mały Voldemort. Ale jako, że narzekanie niczego nie poprawi, postanowiłam coś zrobić, konkretnie: przeprosić się z Newsweekiem, który ostatnimi czasy wydaje mi się tracić coraz bardziej dawną stosunkową obiektywność.

Trafiło się jednak w środku parę rzeczy, które mnie interesują. Po pierwsze, artykuł o Radiu Zet. Radio Zet jest to radio, które lubię dla jednego powodu, a nie znoszę z wielu, jednakże bilans ciągle jest dodatni - po prostu nie zawsze dysponujesz okrągłymi 100%. Tą zaletą jest fakt, że słuchałam go kiedyś, jako dziecko, później mała nastolatka. Czyli jest sentyment, a to bardzo ważna sprawa. Ale z czasem zaczęło coraz bardziej i bardziej schodzić na psy, i nasze drogi się rozeszły. Czarę goryczy przelewały pojawiające się non-stop przypomnienia o wysłaniu smsa na konkurs, gdzie Bogusław Linda został ucharakteryzowany na Marylin Monroe. Piany u ust można było dostać, choćby tylko po to, żeby żyć nadzieją, że może ktoś zauważy w radiu, jakimi idiotami są pomysłodawcy tej kampanii, i szczęśliwym trafem spotkacie się w tym samym szpitalu psychiatrycznym, i wtedy będzie można im nakopać do dupy w subtelny, kobiecy, ale bardzo przykry sposób, tak, że obsługa się nie zorientuje, ale słońce będzie świecić jaśniej niż kiedykolwiek.

W artykule przypomniano także czasy sprzed Lindy z ogolonymi łydkami - taki złoty wiek. Datą graniczną upadku Cesarstwa Zachodniorzymskiego… wróóóć, Zytuś, Radia Zet, jest objęcie dyrektorstwa przez niejakiego Roberta Kozyrę, który rozsiewał terror i widzimisię - wbrew pozorom to drugie może okazać się bardziej opłakane w skutkach na dłuższą metę. To on jest odpowiedzialny za całkowicie komercyjny tor rozwoju [czy komercja to ciągle rozwój? Jakiś na pewno, bo w końcu komercja w mediach to odpowiedź na gusta publiczności, ale na pewno nie jest pozytywnym zjawiskiem], który objęła Zetka. Ale obecnie, po 14 latach, pan prezes odchodzi, z powodu spadków wyników słuchalności. Buk z nim. Jakaś mała iskierka się we mnie zaświeciła - podobne uczucie mam, gdy schowam jakiś przedmiot gdzieś głęboko, i po paru latach odkrywam go na nowo. Oby z Radiem Zet nie stało się jednak, jak z większością tych moich ponownych odkryć. Oby początkowego zachwytu nie zastępił realizm pt. ‘To jednak jest śmieć, po co ja go tu znowu przytargałam…?’

Drugim ciekawym artykułem , a właściwie mini-serią artów, są teksty dotyczące Google - jako wyszukiwarki oraz przedsiębiorstwa. ‘Co warto wyczaić?’, zapytał mój wewnętrzny laik, któremu dobrze z korzystaniem z software’u w ograniczonej wersji.

Moją uwagę przykuła usługa Street View, która jest rozszerzeniem Google Maps. Możesz, oprócz adresu, zobaczyć zdjęcia ulicy, kawałek po kawałku. Gdybym miała gdzieś się wybrać, na pewno bym chciała zyskać chociaż oględne pojęcie o mieście - SV to dobra propozycja dla tych, którzy zapamiętują cechy szczególne miejsc; chociaż każdemu może się przydać.

Jako, że Manchester przegrał z Barcą, postanowiłam przywdziać coś na kształt sentymentalnej żałoby, ale w wersji XXI wieku, i podczas wypróbowywania tego serwisu udać się właśnie tam. Oto przykładowy zrzut ekranu:

Klikając na strzałki, możesz poruszać się w górę lub w dół danej ulicy, na bieżąco sprawdzając to z mapą. MiSsSiiE to LuBiąĄ ;* ;* ;* Ale oczywiście mało co w obecnym świecie może się obejść bez kontrowersji: wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,6621951,GIODO__Google_Street_View_lamie_prawo.html

Co jeszcze ciekawego? Publikacja starych map Google Earth pokazała rozmieszczenie siedzib niedotykalnych w Japonii - od razu spadły w tych miejscach ceny nieruchomości. Cóż, nikt już nie chce poruszać się “Po słowiczej podłodze” ani spać  ”Na posłaniu z trawy”? [Mimo mojego sceptycyzmu wobec Japonii polecam tę trylogię, mrrr, zasysa i ma pewien realizm, którego moja romantyczna dusza nienawidzi, ale który też kocha.]

Oraz wyszukiwarki, o których nie słyszałam.

  1. Mahalo - człowiek decyduje, a nie maszyna, co jest ważne przy zapytaniu. Ludzki wymiar internetu? Straszna wizja ;)
  2. WolframAlpha - wraz ze swoim rozwojem może mieć ogromną przyszłość wśród osób poszukujących odpowiedzi w naukach ścisłych. Autor, Stephen Wolfram, to milioner, który zdobył doktorat z fizyki w wieku 20. lat, a jego wyszukiwarka ma dawać ściślejsze niż Google odpowiedzi - np. konkretne wyniki równań, daty urodzenia, a nie jak Google, podsuwać propozycje. Ja skłoniłabym się do wizji proponowanej przez autora artykułu - WolframAlpha nie zagrozi Google, ale Google w przyszłości może kupić Alphę, rozbudować, i przedstawić kolejne narzędzie w swojej ofercie, dążąc do całkowitego monopolu, który notabene jest tematem przewodnim tej mini-serii-o-Google Newsweeka.

Ogólnie stwierdzam, że ten numer jest coś warty. Złamanego grosza, złotego centa, złotówkę ze starego systemu, a może małą, prawdziwą perłę… Czytelnik nasz, a w tym przypadku, swój, pan. Za to zniknął mi z pokoju trzeci numer Newsweek Kobieta. Szkoda, muszę rozpocząć śledztwo, gdzie to wcięło - z wahaniem, ale powoli zaczynam wierzyć, że oto pojawiła się, cienka bo cienka, ale jakaś mądra alternatywa dla tego shitu, którym karmione są osobniczki mej płci *klaszcze w dłonie nieśmiało naśladując profesjonalistów od Rubika*

 

Houston, mamy kryzys…?

Franz Ferdinand - No you girls

Nie zaliczam Franz Ferdinand to moich ulubionych zespołów, troszkę są dla mnie za popowi, ale tekst tego utworu, mimo swojej monotonii, wpisuje się w temat. Mimo że tytuł piosenki wskazywałby na to, że będę pisała o dziewczynach, nic bardziej mylnego. Jak w wielu piosenkach o kobietach - surprise, surprise - sporo miejsca poświęca się mężczyznom. Jakiś czas temu, czyli przed okresem paniki z powodu świńskiej grypy i kryzysu gospodarczego, w mediach często napotykałam na różnego rodzaju artykuły, które łącznie można podsumować jako dotyczące “Kryzysu męskości”. Większość z nich pochodziła ze stron typu żalOnet.pl i ich głównym celem było wywołanie dyskusji w komentarzach, które zazwyczaj kończyły się obrzucaniem błotem przez obie płcie i wyliczaniem ‘jakie to one i oni są…!’

Jednakże trafiło się także parę mądrzejszych artykułów, które oszczędziły sobie przepowiedni o tym jak za 1000 lat będziemy zapładniane sztucznie wyhodowanymi plemnikami z probówki, bo wszyscy mężczyźni, którzy obecnie są ‘gatunkiem zagrożonym’, wymrą. Notabene, zastanawia mnie logika autorów takich kwiatkóff - skoro kobiety nadal będą zapładniane, nawet sztucznie, to przecież nadal będą rodzić dzieci, z których spora część będzie płci męskiej. Ci z kolei przecież będą rosnąć i się rozmnażać, co zupełnie rozwala całą teorię - nie było tam ani słowa np. o modyfikacji mat. genetycznego tak, by rodziły się same dziewczynki… Ale ogólnie taki świat byłby chyba równoznaczny z piekłem. W każdym razie, te wartościowe artykuły [były niestety może ze dwa takie] uwzględniły obecną pozycję mężczyzn w stosunku np. do rynku pracy, rodziny, sukcesu i samego ich wewnętrznego poczucia męskości. I chociaż uważam, że obraz wyłaniający się z tych tekstów jest przesadzony, to sądzę, że problem sam w sobie istnieje.

Obecnie panuje pewne zaburzenie ról - nie oceniam tego, to fakt. Kobiety zaczęły nosić spodnie, pracować w wielu zawodach, w których konkurują z mężczyznami, stały się twarde i ambitne. Wady i zalety tego zjawiska to materiał na inną notkę - zastanawia mnie co innego. Zastanawia mnie, co W ZAMIAN powinni zrobić mężczyźni. Powędrować do kuchni, zacząć zajmować się dziećmi? Myślę, że tak, chociaż jakieś 90% mężczyzn zareagowałoby śmiechem, drwiną, jeśli nawet nie agresją na propozycje pracy przedszkolanka albo salowego w szpitalu. Coraz więcej ich pracuje w zawodach do tej pory przeznaczonych dla kobiet, ale nadal jest to tylko ułamek populacji. Taka praca i ogólny obraz mężczyzny teoretycznie nie odpowiadają stereotypowi co do wymagań wobec tzw. prawdziwego mężczyzny, który jest zawsze odważny, silny, zaspokaja wymagania partnerki, utrzymuje rodzinę, nie pozwala sobie na płacz i nigdy nie jęczy [no, chyba że w bardzo określonej sytuacji... ;)], umie wszystko naprawić w domu, nigdy się nie gubi w czasie podróży, a nawet jeśli, to nikomu o tym nie mówi, i sam znajduje dobrą drogę. Kurde, ten ‘ideau’ powstał chyba po obserwacji jakiegoś robota, bo nie wierzę, że istnieją tacy ludzie. Jeśli tak, to muszą być przerażający, a związek z nimi byłby chory - myślę, że nawet we mnie, osobie pewnej siebie [czyli pewnej zarówno swoich zalet, jak i wad] mogłoby dojść do ciągłego myślenia, czy jestem wystarczająco dobrą dla niego. A życie takiego ‘ideauu’ to życie pod ciągłą presją. To chyba też domena Polski jako konserwatywnego państwa, że mamy konkretne wyobrażenia o męskości, które niekoniecznie przystają do tego, co życie nam oferuje. Rodzice Stijna, u którego mieszkałam na wymianie w Belgii, obydwoje pracowali jako pielęgniarze i ta sytuacja była czymś banalnym i oczywistym. Ale jeśli mężczyźni nie chcą przejąć ról kobiecych, a w dotychczasowych sprawdzają się gorzej niż niektóre kobiety, pytanie, co robić…? Ostatnio czytałam artykuł o emigrantach w Anglii, których żony/dziewczyny szybko się tam zaklimatyzowały, zaczęły odnosić sukcesy, a oni, w Polsce na wysokiej pozycji, tam nie mogli się odnaleźć. Ta sytuacja nie dotyczyła tylko bohaterów tego konkretnego piece of work, ale była powszechniejsza. I niektórzy z takich facetów wybierali samobójstwo. No bardzo bohaterskie…!

To hasło ‘kryzys męskości’ sprawiło też, że zaczęłam myśleć o mężczyznach samych w sobie - pod trochę innym kątem niż zazwyczaj. Zaczęłam się mocno zastanawiać, jak wyglądałaby konfrontacja tego, co wiem o mężczyznach, z tym, jacy oni naprawdę są. Myślę, że to byłaby porażka, ale także zwycięstwo - nie mogę się mylić we wszystkim, to przeczy statystykom ^^ Ale nigdy nie uwierzę, że nie będąc ‘w czyichś butach’ można stwierdzić, że się wie o kimś wszystko - ja przynajmniej jestem bardzo daleko od takiego stwierdzenia. Cała moja wiedza wynika z obserwacji, przebywania i rozmów z chłopakami i mężczyznami. Często słyszę od moich koleżanek różnego rodzaju narzekania w stylu ‘a dlaczego ja nie mam faceta?’ ‘a czemu on jest taki dziwny?’ ‘o co mu chodzi?’ i zazwyczaj odpowiedzi na te pytania = wyjaśnienia dla konkretnych męskich zachowań są dosyć proste. Ale czy ‘faceci’ - nie lubię tego określenia, jest takie pedalskie; zresztą na tej samej zasadzie my powinnyśmy być nazywane ‘babkami’ - są prości sami w sobie?

Znowu: i tak, i nie: wbrew stereotypom w mediach i powszechnej opinii, z naciskiem na to drugie. To, co mi się podoba w płci przeciwnej, są pewne cechy, które są dla nich niesamowicie naturalne. My też je mamy, ale w mniejszym stopniu i często musimy je po prostu wypracować. Cenię sobie obecność chłopaków w moim życiu - prawdę mówiąc, nie znam drugiej dziewczyny, która miałaby większy niż ja kontakt właśnie z nimi, a nie z dziewczynami. Od kiedy pamiętam, w większość przypadków byłam zawsze na granicy między różnymi rzeczami - to samo dotyczy moich relacji ze znajomymi. Między chłopakami, a dziewczynami. I uważam, że to bardzo dobra sytuacja… Bardzou - bardzou!

Widzisz więcej. Masz szerszą perspektywę. A to od zawsze jest mój cel: widzieć więcej, czuć mocniej, oddychać…! Są gorsze i lepsze dni w dążeniu do niego, ale nie pozwolę mu zniknąć z oczu.

Istotną cechą, która nas różni, jest sposób podejścia do problemów. Z tego, co zaobserwowałam, możnaby stworzyć pewne podejścia obu płci do kwestii problematycznej.

Kobiety: rozmawianie. Obgadanie problemu, wyjawienie, że on istnieje, że mi przeszkadza, że mam go dość i pytania, co z tym można zrobić.

Mężczyźni: działanie. Jest problem, trzeba jak najszybciej znaleźć rozwiązanie. Wyjście. Trzeba coś robić, a nie narzekać.

Wydaje mi się, że takie nastawienie ogólnie cechuje nasze obie płcie, nie tylko, jeśli chodzi o problemy. I te różnice, wszelkie różnice między nami, są fascynujące, chociaż sprawiają też dużo kłopotów. W trakcie przebywania z chłopakami już dłuższy czas temu zrozumiałam jedną rzecz, która naprawdę ułatwiła mi życie. Młodsi mężczyźni, tak w okresie liceum mniej więcej, rzadko kiedy wybierają prawidłową drogę w postępowaniu z dziewczynami, choć często mają dobre intencje. Nie chodzi mi tu o podrywanie czy nawet poważniejszy związek. Chodzi mi o codzienne przebywanie, kontakty. My, kobiety, często nie mówimy wprost, czego chcemy - jest to koszmar nawet dla mnie, jako kobiety, kiedy bliskie mi dziewczyny nie chcą powiedzieć normalnie, o co im chodzi, tylko zakładają, że powinnam sama się domyśleć. Zakładają, że skoro je znam, to powinnam wiedzieć. A zakładanie czegokolwiek, jak twierdzi Miguel Ruiz w “Czterech umowach”, to właściwie pewien rodzaj samookaleczenia, bo wymagamy czegoś, co jest nieosiągalne przez nikogo poza nami, a i to nie zawsze. Dlatego rozumiem, jakim czasami koszmarem może być zrozumienie kobiety, skoro ja sama czasami nie wiem, o co mi chodzi o.O

Hm, nie jest to napewno koniec tej kwestii - jest tak stara, jak starzy są pierwsi ludzie. Swoją drogą, w tamtym czasach zrozumienie wzajemne mało się liczyło :D Ot, za włosy i do jaskini. A później zaczęła się ewolucja… ;)

 

Things you shouldn’t try at home. And I don’t mean house.

Today I was looking for flats in Warsaw on the Net. Gumtree is a kind of quite useful page, except for the ads, but it’s everywhere. But my point is: why everything has to be that expensive there?! I wish I was born in Berlin, Madrid or Wien – surprise, surprise – flats are cheaper there than in our fucking capital. And you won’t encounter [in that extend] dirt, traffic jams or, above all, some pathetic people thinking of themselves as ‘better’ although they have no grounds to do so – the only reason is the fact that they come/are from Warsaw.

That’s sickKk. I hate putting on airs! Though I sometime do this way myself – there are situations in life when showing off pays off or is even necessary. If I were to make an instruction on this, I would entail such points as mentioned below.

Firstly, before I start showing off, I do some research. I get to know who builds my surroundings, either when making friends in a new place, or when spending time with my old folks whose both merit and faults I’m familiar with. It’s essential to explore the environment as you aren’t allowed to assume anything when it comes to others. And I think I make a valid point doing it because, basing on my experience, it is your mates who may take you aback most. Approximately 2/3 of all crimes is committed by a relative [I tried to find an exact number but all I found were pieces of information about Germans in Poland during the II World War – crazy, istn’t it?]. By the way, the most popular crime instrument is an axe. Oh, I’m straying from the subject as always.

Secondly, there has to truly be something you can be proud of. Contrary to a widely held belief, not everybody is talented. See the ‘Britain’s got talent’ if you doubt it. Some of you just aren’t, get used to or go kill yourself, with emphasis on the second option as that is the second paragraph. We don’t have to a jack of all trades, but, come on, why do you want to make other people notice and appreciate you as you don’t have anything worth admiration?

Thirdly, to be a successful boaster you have to know the matter or the topic you’re talking about. Because you’re supposed to be ‘the expert, the best of the think-tank, the most experienced in it etc. Otherwise you can easily meet somebody who knows the matter better. And that can be fucking embarrassing.

The rest later. Now I’m sleepy and it’s time for some coffee and HP. And I don’t mean Hewlett-Packard who made the worst printer ever.

So, I’m back and I’m kind of starting to doubt the whole idea of successful boasting etc. I mean, it’s a very valuable skill when you’re among foreign people. But, I guess some people would find a book entitled like… “How to boast and not be a hated crap” much more useful as there are lots of people who can show off, but only a few who don’t annoy others whilst doing it.